Wesprzyj Zakończenie tego sezonu przyniosło nam wszystkim ogromne sportowe rozczarowanie. Utrata tytułu Mistrza Polski na rzecz kieleckiego rywala z pewnością bardzo boli, a w przestrzeni publicznej i mediach społecznościowych błyskawicznie pojawiło się mnóstwo negatywnych, często bardzo gorzkich komentarzy.
W tych pełnych sportowej złości chwilach nie możemy jednak zapominać o drodze, jaką wspólnie przeszliśmy. Przez ostatnie siedem lat klub pod wodzą Xaviego Sabate nieustannie rósł, zbudował swoją pozycję, na poziomie jakiego wcześniej nikt się nie spodziewał, przełamał hegemonię rywali i zdobywał kolejne tytuły. Dwa mistrzostwa Polski, cztery Puchary Polski, Superpuchar i brązowy medal Ligi Europejskiej.
W sporcie jednak nikt nie wygrywa wiecznie, a porażki są w niego na stałe wpisane. Teraz po ósmym sezonie przyszedł dla nas moment bardzo trudny i bolesny, ale to właśnie z takimi kryzysowymi sytuacjami trzeba umieć sobie radzić, zachować chłodną głowę i wyciągnąć konstruktywne wnioski, by w przyszłości wrócić na szczyt. O tych bolesnych doświadczeniach, fali krytyki, rozczarowaniu i planach na przyszłość rozmawiałem z trenerem Orlen Wisły Płock, Xavim Sabate.
Czy po przegranym finale w Kielcach i utracie mistrzostwa myślałeś o rezygnacji?
- Dlaczego? W sporcie chodzi o to, że tylko jeden może wygrać, a w tym przypadku wygrała Industria Kielce. Nie widziałem, żeby w innych klubach po jednej porażce – zwłaszcza po długim, bardzo udanym okresie – trenerzy musieli odchodzić. Uważam, że wykonaliśmy niesamowitą pracę w trakcie sezonu, choć to prawda i muszę to przyznać, że nie osiągnęliśmy naszego głównego celu, jakim było wygranie ligi. Rywal był lepszy.
Miałem wrażenie, że nie kontrolowaliście meczu w Kielcach. Widziałem najgorszą wersję Wisły Xaviego Sabate, a rywal był lepszy w obu spotkaniach.
- To prawda, że były to prawdopodobnie dwa najgorsze mecze w sezonie. Nie zgadzam się z tobą w kwestii braku kontroli, ale przystąpiliśmy do nich z pewnymi problemami i oczywiście jako trener biorę za to odpowiedzialność.
Twoim zdaniem, co stało się w finale? Byliście lepsi w sezonie zasadniczym.
- Sprawa jest jasna – oni byli lepsi. W ostatnim miesiącu, półtora zyskali nową energię, nowy impuls. To było naprawdę widoczne. My mieliśmy pewne problemy i nie mieliśmy takiej energii jak oni. Zasłużyli na wygraną i choć bolesne jest to mówić, musimy uznać ich wyższość. Byliśmy znacznie lepsi w sezonie zasadniczym, ale jak zawsze powtarzam, nieważne jak zaczynasz, ważne jak kończysz. Mamy wieloletnie doświadczenie w tym, że w pierwszej części sezonu byliśmy słabsi, ale świetnie finiszowaliśmy. Tym razem było inaczej. Mieliśmy dużo problemów z kontuzjami. W sporcie zawodnicy są najważniejsi, a my nie przystąpiliśmy do finału w optymalnej kondycji fizycznej, by móc nawiązać walkę o tytuł.
Zrobiłeś wiele, odkąd zostałeś trenerem Wisły. Jaka czeka cię przyszłość w klubie?
- Mam tu kontrakt na kolejne dwa lata. Przyszłość to zawsze nauka, próba poprawy i przygotowanie zespołu na kolejny sezon, aby spróbować odzyskać mistrzostwo Polski. Widzę ją dokładnie tak samo, jak do tej pory. Kiedy tu przyszedłem, klub był w absolutnym dołku. Zbudowaliśmy ten klub do poziomu, jakiego nikt się nie spodziewał i przełamaliśmy hegemonię rywali. Było więc kwestią czasu, że kiedyś nie wygramy. To jest sport i nie ma na świecie zespołu, który zawsze by wszystko wygrywał. Przyszłość to ciężka praca z zawodnikami, tak jak robiłem to do tej pory.
Czy wiesz, że na Facebooku i platformie X stałeś się dla niektórych wrogiem publicznym?
- Nie wiem o tym, ponieważ nie czytam mediów społecznościowych. Jestem trenerem od 21 lat, wiem, o co w tym chodzi i potrafię zarządzać takimi sytuacjami. Doskonale zdaję sobie sprawę, że kiedy w ostatnim czasie zdobyliśmy siedem tytułów, byliśmy najlepsi na świecie, a kiedy przegrywasz – stajesz się najgorszy. Wiem, jak sobie z tym radzić.
Mieliście najwyższy i najdroższy budżet zespołu, a zdobyliście tylko Puchar Polski. W zeszłym sezonie budżet był mniejszy, a wygraliście więcej.
- Tak, ponieważ to jest sport. Na przykład, potrafiliśmy wywrzeć presję i pokonać PSG, które ma budżet prawdopodobnie dwa lub dwa i pół raza większy od nas. Innym razem wygraliśmy z Magdeburgiem, Szeged czy Veszprem, które mają budżety znacznie większe od naszego. W tym przypadku przegraliśmy, ale nie zgadzam się z twoim podejściem, bo brzmi to tak, jakbyśmy grali z drużyną z drugiej ligi. Graliśmy z zespołem, który podobnie jak my zajął trzecie miejsce w fazie grupowej Ligi Mistrzów. Z zespołem, który dysponował absolutnie wszystkimi zawodnikami, a my nie mieliśmy pełnego składu, więc po prostu byli od nas lepsi. Musimy to przyznać, na tym właśnie polega sport.
Jak chcesz przekonać kibiców Wisły, żeby znów uwierzyli? To trudny czas – dla ciebie, dla klubu, dla nas.
- Żyjemy w demokratycznym kraju, więc każdy może mieć swoją opinię, o ile wyraża ją z szacunkiem. Jesteśmy drużyną, co oznacza, że zawodnicy i sztab trzymają się absolutnie razem. Tu nie chodzi tylko o mnie, tu chodzi o cały zespół. To, co musimy teraz zrobić, to pracować, by poprawić się przed kolejnym sezonem. Oczywiście, że kibice czują się rozczarowani i to normalne, bo każdy chce wygrywać. Są rozczarowani, ponieważ przegraliśmy dużą różnicą bramek, ale my – zawodnicy i sztab – również jesteśmy bardzo rozczarowani.
Incydent w niedzielę z kibicami po powrocie z Kielc do Płocka to był skandal. Przepraszam za to.
- Nie musisz przepraszać, bo cię tam nie było. To było absolutnie haniebne. Zawodnicy również wstydzili się tej sytuacji. To mogło być naprawdę bardzo niebezpieczne. Nikt z nas nigdy wcześniej nie doświadczył czegoś takiego w piłce ręcznej.
Czy to dla ciebie najtrudniejszy moment, od kiedy jesteś w Płocku?
- W każdym sezonie zdarzają się trudne momenty. Ten może być bardziej bolesny prawdopodobnie ze względu na bardzo wysokie oczekiwania. Oczekiwania, które z pewnością były zbyt wysokie lub oderwane od rzeczywistości. Na ten moment nie jesteśmy drużyną na poziomie Final Four ani pod względem sportowym, ani budżetowym. Jeśli kiedyś chcemy być zespołem z Final Four – a taki jest nasz cel – musimy to zrozumieć, że to nie wydarzy się w następnym sezonie. Mam nadzieję, że nastąpi to w przyszłości, od 2028 roku – to jest realny cel. Ten cel sportowy musi iść w parze z celem finansowym, a do tego musimy zwiększyć budżet na samą drużynę o 30-40 procent. Musimy zdawać sobie z tego sprawę.
Powiedz mi o pozytywach minionego sezonu.
- Jeśli przeprowadzimy realistyczną analizę, to do połowy kwietnia graliśmy na absolutnie najwyższym poziomie. Ustanowiliśmy rekord punktów w Lidze Mistrzów i wygraliśmy oba spotkania z Kielcami w sezonie zasadniczym. Uważam, że nasza gra była fantastyczna. Bardzo poprawiliśmy szybki środek i atak pozycyjny. Nasza średnia zdobywanych bramek w Lidze Mistrzów wynosiła ponad 30 na mecz. Poprawiliśmy się pod tym względem, a to był jeden z naszych celów, by grać szybciej i zdobywać więcej goli. Prawdą jest jednak to, że po tym mieliśmy dwa kluczowe momenty, w których nasza forma była słabsza – dwumecz ze Sportingiem Lizbona i finał Superligi.
Co chciałbyś przekazać kibicom?
- Rozumiem, że są naprawdę rozczarowani. To normalne, bo bardzo kochają ten klub. My, zawodnicy i sztab, również jesteśmy absolutnie rozczarowani. Kiedy jednak to się wydarzyło, jedyną drogą jest kontynuowanie pracy i próba poprawy. Porażki i niepowodzenia kształtują cię i ostatecznie sprawiają, że zwyciężasz. Nie ma zawodnika, który wygrywałby wszystko od samego początku, zawsze musisz przegrać wiele razy, zanim dotrzesz na szczyt. Tym razem przegraliśmy, to jest sport. Wiemy, jak zarządzać taką sytuacją, będziemy ciężko pracować i poprawimy się w przyszłości.
Czego potrzebujesz ty i czego na ten moment potrzebuje klub?
- W takich sytuacjach najważniejsze to zachować spokój, aby móc dokonać realnej analizy. Musimy sprawdzić, co zrobiliśmy dobrze, a co źle, by móc to poprawić w przyszłości. To jasne. Z pewnością nie można podejmować dobrych decyzji z gorącą głową. Jesteśmy profesjonalistami z długim doświadczeniem i z mojego punktu widzenia właśnie to musimy teraz zrobić.
Michał Kublik